czwartek, 9 października 2014

„Sny o zagładzie" Chapter 1. cz I

Tydzień 1.
2 października 2014 r.
                Chłodne powietrze musnęło moją twarz, gdy tylko wyszedłem na dwór.  Było tylko 12 stopni, ale mimo wszystko ubrałem bluzkę z krótkim rękawem i cienką bejsbolówkę.  Standardowo wszystko było czarne. Bluzka, bluza, buty, spodnie, oczy i włosy. To dziwne dla normalnego człowieka, lub dla takiego, który po prostu interesuje się genami z racji tego, że żadne z moich rodziców nie ma czarnych oczu. Za to moja mam posiada ten sam kolor włosów.
                Szkoła zaczęła się cztery tygodnie temu. Proste. Ale już jutro dostanę pierwszą piątkę. Jeszcze lepiej. Pomimo pozorów jakie stwarzam to tak naprawdę jestem dobrym i uważnym uczniem. Można nawet powiedzieć, że kujonem, choć zapewne na takiego nie wyglądam.
                Pierwszy krok i już czuję, że chce wracać. Nie mam ochoty siedzieć w szkole całe siedem godzin. Na szczęście nie spędzę ich sam. Manson ma czekać na mnie na przystanku. Tak, wiem. Manson. Imię dość nie spotykane w Polsce. Tyle, że to jego ksywka. Tak  naprawdę ma na imię Marek, a skoro nie lubi tego imienia to nazywamy go po prostu Manson. Ja lubię swoje imię. Nie wiem dlaczego, ale podoba mi się. Jak nie wiele rzeczy na tym świecie.
                Przechodzę koło klatek, aż dotrę do skrzyżowania.  Później skręcam w prawo  i idę chodnikiem dobrą minutę. Kolejne skrzyżowanie i idę dalej.  Nie mam daleko do przystanku. Dla normalnego. Dla mnie to katorga, bo za każdym razem, gdy widzę znajomą starszą twarz muszę powiedzieć miłe, uprzejme i pełne uśmiech: „Dzień dobry!”.    
                Zostało jeszcze około 15 minut do autobusu, więc czekam. Zawsze przychodzę tak wcześnie. Nie lubię przedłużać sobie patrzenia jeszcze śpiący dom, bo będę chciał zostać, a nie mogę.
                Manson idzie tym swoim pewnym krokiem. Mija dziewczyny, które chichotają na jego widok, a on dodatkowo nakręca je tym, że do nich mruga. Podchodzi i siada obok mnie na ławce.
                Manson wygląd mniej więcej jak te wymarzone ideały nastolatek. Blond włosy, niebieskie oczy, piłkarz i zawsze modnie ubrany. Ma na sobie jasno brązowe spodnie i szarą bluzkę z długim rękawem. Mówiłem, ze to wasz ideał, dziewczyny. Ja mam to gdzieś, ważne że się dogadujemy.
                -Nooo… Mamy czwartek. Co przewidujesz na dziś?- pyta z uśmiechem spoglądając na mnie z ukosa.
                -Nie wiem jak ty, ale ja zostaje w domu. Chyba, że znajdzie się dla mnie samolot do Ameryki w mniej niż…-wyjąłem telefon z kieszeni spodni i sprawdziłem godzinę- …pięć minut.
                -Taaa. Chciałbyś. To co idziemy dzisiaj razem do kina na ten nowy horror? – zapytał… z nadzieją Mason. Tak szczerze to nie chce dziś nigdzie iść. Wolę zostać w domu i pomóc mamie w domowych obowiązkach. Wiem, że to brzmi „lamersko” ale wiele dla mnie poświeciła. Na przykład studia.
                -Nie chcę. Weź ze sobą jakąś ślicznotkę, oddam jej bilet.-odpowiedziałem.
Manson popatrzył na mnie i wybuchnął śmiechem, którym się od niego od razu zaraziłem.
                -Coś humor, dziś ci raczej nie sprzyja, chyba że źle widzę.-powiedział mój przyjaciel wciąż jeszcze roześmiany.
                -Weź mnie nawet nie wpieniaj, dobra?-odpowiedziałem szorstko.
                -Jasne, tylko wstawaj, bo zostaniesz tu i będę musiał znowu okłamać naszą wychowawczynię, że źle się czujesz.- pewnie, że już się tak zdarzało. Nawet kilka razy w miesiącu. Tak naprawdę to jeszcze nigdy nie opuściłem zajęć ze względu na to, że źle się czułem. Chciałem przez chwile pobyć sam ze swoimi problemami, ale tak naprawdę to miałem wtedy wizje, a gdyby Manson widział, że rysuję jak sam idzie do kina to zaczęły by się jakieś podejrzenia. A, no tak. Zapomniałem wspomnieć, że Manson nic nie wie o moim przekleństwie. Taka kolej rzeczy. Ktoś przed kimś coś ukrywa, później ten drugi się dowiaduje, zaczyna się kłótnia, kontakty zerwane, przyjaźni nie ma.
                Zaraz po słowach Mansona, z za rogu ukazał się nam nasz środek transportu do szkoły. Czerwono-żółty autobus z elektronicznym napisem na przedniej szybie „Jasło-Rynek”. Wsiadamy tylnym wejściem i ostatni raz przed zatrzaśnięciem drzwi raczymy się świeżym powietrzem. Ludzi jest tyle, że czasem zastanawiam się ile ten autobus może ważyć. Na małej naklejce obok fotela kierowcy napisane jest, że pojazd bez ładunku ludzi wazy 5000 kg. A teraz policzmy, że mniej więcej każdy z nas- około 40 osób (bo tyle na oko nas teraz w jest)- waży około 50 kg. To średnia arytmetyczna. Są też na pokładzie o wiele grubsze osoby.  40 razy 50 to 200 kg. Czyli autobus wazy około 5200 kg. To taka mała rozgrzewka przed sprawdzianem z matematyki, który mam dzisiaj. Oczywiście, teraz przerabiamy coś zupełnie innego, ale przypomnienie sobie rzeczy całkiem nie potrzebnych w przyszłym życiu jest baaardzo pożyteczne.
                Jedziemy mijając miejskie krajobrazy, których szczerze nienawidzę. Wszędzie jest tylko beton, cegła, dymy z fabryk i może czasem jakieś ładne drzewko. Tyle.

                Wysiadam z autobusu jako pierwszy. I tak naprawdę nie wysiadam tylko WYBIEGAM z autobusu, gdy tylko drzwi się otwierają. Manson jak zwykle uważa to za strasznie zabawne, w co ja też nie wątpię, gdyby patrzeć na mnie z jego perspektywy. 
                Przechodzimy przez kilka przejść dyskutując o najróżniejszych chłopskich sprawach. Taka kolej rzeczy. I co zrobisz? Nic nie zrobisz. Moje motto życiowe.
                Jesteśmy już pod klasą chemiczną. Rzucam plecak w swoje ulubione miejsce i czekam na dzwonek, który przyśpieszy tą codzienną katorgę życia szkolnego. Moja klasa składa się z 27 osób. Mamy 20 dziewczyn. Reszta to my- chłopcy. Dla normalnych chłopaków, to byłby raj. Serio ci mówię, zamień się ze mną! Moje życie jest świetne po prostu! Mimo tego wszystkiego i tak moim jedynym przyjacielem jest Manson. I może jeszcze Gerard. Oni dwaj jako jedyni się ze mną jako tako dogadują.
                Gerard wskazuje na coś w korytarzu i zerka na mnie przelotnie. Proste. Mam się tam popatrzeć. Zwracam wzrok w tamtą stronę. Okazuje się, że u szczytu schodów stoi moja wychowawczyni- Pani Dubiel. Wskazuje na mnie palcem-ohhh jaką ja miałem straszną ochotę powiedzieć jej, że nie wytyka się ludzi palcami- i gestem przywołuje do siebie. Jest ona moją wychowawczynią od niecałych dwóch lat. Aha, i jest polonistką. Jak nieskładnie ułożę zdanie, to mnie poprawia, a uwierzcie mi, że po pewnym czasie człowieka to nieźle wnerwia.
                Podnoszę się z ziemi, i kroczę do niej powolnym krokiem. Pewnie znowu chce, żebym pojechał na jakiś durnowaty konkurs z języka polskiego.  A, no tak. Nie wspomniałem, że jestem naprawdę dobry z języka polskiego. W zeszłym roku miałem szóstkę na koniec! I szczerze to na prawdę pomogło mi na świadectwie.
                Gdy byłem już zaledwie dwa kroki od niej, odwróciła się i podążyła do klasy 66 w której zazwyczaj mieliśmy z nią lekcje. Wiedziałem. Chce żebym pojechał z nią na konkurs. Gorzej być nie może.
                Kiedy jesteśmy już w klasie, Pani Dubiel zamyka drzwi i powoli siada w sowim fotelu przy biurku. Wpatruje się chwile we mnie po czym mówi:
                -Eryku, wybacz jeśli ci przeszkodziłam, ale mam do ciebie pewna sprawę.- ma spokojny, kojący głos. Jak matka, która mówi dziecku, że skaleczenie nie długo się zagoi, a jutro już nie będzie boleć. Choć tak naprawdę słychać wyraźnie, że z jakiegoś powodu się denerwuje.
                -Tak ,przyniosę na jutro zgodę od mamy, że może mnie pani zawieźć na kolejny konkurs.- mówię, tak naprawdę zgadując co ma na myśli. Ku mojemu zdziwieniu śmieje się i kręci głową.
                -Nie, nie o to chodzi, Eryku.-nagle poważnieje-  Zawołałam cię, ze względu na to iż będziemy mieć w klasie nową uczennicę.
                Zamurowało mnie. Nowa uczennica? Lepszej szkoły nie znalazła? Lepszego miasta? Kraju? Czegokolwiek lepszego od tej dziury?!
                -Nowa? W naszej klasie? Ale przecież to trochę późno na zapisy. Nie była nawet na początku roku szkolnego!-na pewno słychać było moje zdziwienie? Jeśli tak, to jesteśmy na dobrej drodze. Pani Dubiel zmarszczyła brwi patrząc na mnie jakbyśmy się widzieli pierwszy raz w życiu i powiedziałbym jej, że uczy mnie już 2 rok.
                -Posłuchaj mnie, proszę. Chodzi głównie o to, że przyjaźnisz się z Markiem. A wiadomo jaki on jest. Żadnej dziewczynie nie odpuści chodzenia ze sobą. Ta „nowa” jak ją już zdążyłeś nazwać, ma dość…specyficzny charakter.  Jej rodzice nie pozwolą na to aby umawiała się z takim chłopakiem. Są bardzo ostrożni w stosunku do niej, ponieważ jest jedynaczką. I właśnie z powodu Marka cię tutaj wezwałam. Proszę cię, pilnuj, aby twój przyjaciel nie zaczynał jej zaczepiać. Miałam okazję już ją poznać. To bardzo sympatyczna i pełna życia dziewczyna.
                -Nie jestem pewny. Ale wolę jednak odmówić. Nie będę śledzić Mansona tylko dlatego, ze rodzice jakiejś nowej uczennicy chcą żeby trzymał się od niej z daleka.
                -Ależ to nie oni o to proszą tylko ja! Oczywiście oni są takiego samego zdania.-odpowiedziała. Po czym poinformowała mnie,  że musi jeszcze iść coś załatwić. Otworzyła drzwi, ale gdy miałem już wychodzić załapała mnie za ramię i powiedziała.
                -A tak przy okazji to zobaczysz ją na języku polskim.  I zostanie aż do końca dnia, więc proszę…bądź dla niej miły.-powiedział po czym odeszła, a ja wróciłem pod moją salę akurat kiedy zadzwonił dzwonek. Zaczynała się chemia.

                Po chemii miała się zacząć lekcja polskiego. Zaciągnąłem Mansona i Gerarda na spacer po szkole. Tak naprawdę to chciałem wypatrywać tej nowej. Do dzwonka zostało 3 minuty, ale nigdzie nie było po niej śladu. Jak dotąd nie miałem żadnej wizji, a to nigdy się  nie zdarzało. Powinienem już od dwóch godzin wiedzieć jak wygląda.

                Po dzwonku na lekcje dalej nic nie widziałem. Gdyby chociaż widział jak wygląda to może wtedy bym wiedział czy muszę ją „chronić” od Mansona czy po prostu traktować jak nową uczennice.
                Pani Dubiel opowiada coś o rzeczownikach i przymiotnikach, a że ja pisałem z tego oczywiście konkurs to nie muszę jej słuchać wiec wyciągnąłem telefon i pisałem z Gerardem, który siedział na drugim końcu sali.
                Gerard: Co kujonku? Nie masz innego zajęcia jak przeszkadzanie mi w lekcji? :P
                Ja: Sam zacząłeś więc piszę. Ej co robisz jutro? Może wpadniesz do mnie? Musze odpisać sobie lekcje na których mnie nie było.
                Gerard: Bo uciekłeś.
                Spojrzałem w jego stronę. Mówił do mnie bezgłośnie poruszając ustami słowo „Kłamca”.
                Ja: Taaa, jasne. Nie wytykaj mi tylko po prostu przyjdź jutro i daj mi zeszyty.
                Gerard: Co to za nowa uczennica?
                Ja: Skąd o niej wiesz?
                Gerard: Dubiel właśnie o niej ćwierka.
                Oderwałem wzrok od telefonu i faktycznie. Pani Dubiel właśnie opowiada klasie, że będziemy mieć nową „przyjaciółkę”.

                Gerard: Eeee, a ładna chociaż? Widziałe………...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witaj.
Zapewne znalezłeś/łaś się tutaj dzięki mnie, Księgarzowi Cmentarnemu, który wszelkimi sposobami stara się, by jego Cmentarz Zapomnianych Książek nigdy nie stał się zepchnięty na margines.
Od razu mówię, że jako Księgarz Cmentarny mam za zadanie chronić to miejsce. Nie toleruję komentarzy, które widocznie są reklamą własnego bloga. Mimo uszu puszczam komentarze, które nie imają się czasem do treści, ponieważ rozumiem, że nie każdy ma ochotę czytać wszystkiego, co ludzie piszą, a chcą stać się bardziej rozpoznawalni. Jednakże proszę o szacunek i z góry założenie sobie, że Księgarz Cmentarny jest też człowiekiem, który obrywa każdym słowem.
Ślę pozdrowienia.
Wróć ponownie, by mój Cmentarz nigdy tak na prawdę nie został zapomniany.
Księgarz Cmentarny.